Menu główne
Zaloguj Zarejestruj

Login to your account

Username *
Password *
Remember Me

Create an account

Fields marked with an asterisk (*) are required.
Name *
Username *
Password *
Verify password *
Email *
Verify email *

Notice: Undefined offset: 35 in /home/madrian/domains/madrian.linuxpl.info/public_html/chb/libraries/joomla/access/access.php on line 595

Notice: Trying to get property of non-object in /home/madrian/domains/madrian.linuxpl.info/public_html/chb/libraries/joomla/access/access.php on line 595

Sacramentko Kings - Chicago Bulls 102-109

bulls kings 2016

Chicago Bulls wychodzą na ostatnią prostą sezonu i spotkania z takimi rywalami jak Kings po prostu MUSZĄ wygrywać, przede wszystkim w obliczu fuksiarskich wygranych Pistons. Na to spotkanie do pierwszej piątki wrócił i w zasadzie Bulls grali tym zestawieniem jakiego należy spodziewać się w ewentualnych play offach. Spotkanie miał swoją dramaturgię i drżeliśmy już o ostateczny wynik, ale na szczęści zakończyło się zwycięstwm Byków.

 Od trójki Gaya zaczęło się to ważne spotkanie z Kings w United Center. W pierwszych minutach niejako zgodnie z obecnymi trendami aktywny był Rose. Po wyrównanej grze było po 10 w 5 minucie trwania meczu. Dopiero w połowie kwarty dał o swojej obecności znać Cousins, zdobywając pierwsze punkty. Tymczasem kryjący go Taj miał cztery celne rzuty, w tym efektowny dunk z siódmej minuty.

Do wejścia Douga mecz toczył się punkt za punkt, ale 'wejście smoka' w wykonaniu rezerwowego SF-a Byków pozwoliło miejscowym na minimalną ucieczkę na prowadzenie. McDermott bowiem w 30 sekund dwa razy trafił zza łuku, dając Bulls prowadzenie 25-20. Byki wygrały pierwszą odsłonę 30-26, a 8 punktów, ale tylko jedną zbiórkę miał Gibson. Lepiej od niego rzucał tylko niesamowity McDermott, który swoje niespełna 5 minut na parkiecie zakończył 3/3 zza łuku. Zdecydowanie Chicago musieli popracować na zbiórkę, w której po pierwszej części przegrywali 15-8. Sam Cousins zebrał 7 piłek. Przewaga Bulls wynikała z tego, że wymusili 7 strat Kings, a sami mieli tylko jedną.

Blokami Holidaya i Miroticia zaczęli drugą kwartę Bulls, a dobrą defensywę okrasił efektownym wsadem Portis.

Ławkę Kings prowadzili weterani Rasual Butler i Marco Belinelli pomagając swojej ekipie odrobić straty w 3 minuty tej odsłony. Już minutę później na parkiet w ekipie miejscowych wrócili Butler i Gasol, a kilkadziesiąt sekund później pojawił się Rose, co łatwo było zauważyć, bo od razu zdobył punkty. Byki przez połowę kwarty nie były w stanie zbudować żadnej istotnej przewagi. Sacramento nie grali jakoś dobrze w ataku, lecz udawało się im budować punkty z pojedynczych udanych prób. W składzie gospodarzy cały czas był Doug, który do czwartej próby z dystansu zachował swój status 'on fire'.

Później się trochę napalił i przestrzelił z niekoniecznie dobrych pozycji. Najcięższą rolę w tym spotkaniu miał Gasol. Musiał kryć Cousinsa, który miał nad nim znaczną fizyczną przewagę. Mimo tego, z pomocą innych podkoszowych, Hiszpan sprzedał mu 3 bloki i wymusił jego 4 straty w 15 minut gry centra przeciwników. Słabo grał Jimmy, który praktycznie tylko asystował – miał 5 kończących podań, ale niemal w ogóle nie podejmował prób rzutowych – miał 0/3 FG. Swoje pierwsze trafienie z gry zaliczył dopiero w ostatniej minucie pierwszej połowy, gdy zabrał piłkę z rąk Cousinsa i skończył kontrę. Sam DeMarcus z każdą minutą przejawiał większą frustrację i nie mógł zrozumieć, że w pojedynku siłowym z Tajem wcale nie był dominatorem. Gra prawie całą kwartę toczyła się na różnicą maks dwóch posiadań, ale dzięki piorunującej końcówce Bulls zwiększyli swoje prowadzenie i prowadzili 59-51 po 24 minutach meczu. Mimo double double Cousinsa – 10 punktów, 14 zbiórek, to Gibson był najlepszym strzelcem na boisku. PF gospodarzy miał 14 punktów, zbiórkę i blok i świetną obronę na liderze przeciwników w dorobku. 12 punktów z dystansu dołożył McDermott, a 8 oczek (4/6 FG) uzbierał Derrick.

Od początku drugiej połowy Bulls zwiększali irytację Cousinsa, a jego partnerzy nie mogli trafić z półdystansu. Chicago też nie mogli lub nie chcieli wykorzystać tego faktu i sami popełniali błędy. Fakt, że Acy rzucał (PF Kings) już za trzy jest wystarczającym podkreśleniem tego, jak bardzo goście nie mogli trafić do kosza. Ekipa z Sacramento w połowie trzeciej kwarty notowała tylko 3/15 za trzy i mimo to usilnie szukali punktów zza łuku. Korzystał na tym Gasol, który szybko powiększył swój dorobek zbiórek do 11. Niemoc ekipy przyjezdnych przełamał drugą celną trójką Collison. Bulls tymczasem po tym, jak przegapili fragment słabości rywali, pozwalali im na zmniejszanie strat. W 8 minucie kwarty z 12 oczek stopniała ona do trzech. No ale jak marnuje się seryjnie rzuty spod kosza, to nie ma opcji, by zrobić przewagę. Goście zrobili run 11-2. Dopiero celną trójką przerwał ich passę Nikola Mirotic.

Niestety nadal miejscowi grali w kratkę. Z dobrej strony pokazał się Justin Holiday, który dwa razy trafił za trzy. Obrona jednak zrobiła sobie wakacje, co wraz z wracającą skutecznością gości powodowało, że przewaga Chicago praktycznie zniknęła. Prowadzeni przez Cousinsa Sacramento doprowadzili do wyniku 81-82. Sam center Kings miał po 3 kwartach 19 punktów i 17 zbiórek, ale też rozegranych 29 minut (na 36 możliwych).

Od niesamowitego rzuty a'la Nowitzki zaczął decydującą część McDermott. Bulls fatalnie wykonywali wolne – 9/16 FT w trzeciej minucie tej kwarty. Stracili też celność za trzy. W przeciwieństwie do przeciwników. Po trójce Belineliego to goście objęli prowadzenie 89-86. Chicago natomiast potrafili zepsuć akcję, gdy trzech ich zawodników było metr od kosza i mieli piłkę w rękach. Dużo błędnych decyzji tej nocy podjął Nikola Mirotic. W związku z mizernym obrazem gry Hoiberg szybko wrócił do starterów, bo Brooks już dawno przestał być choćby nadzieją na dobrą dyspozycję. Sacramento nagle wznieśli się na wyżyny swojej gry ofensywnej i w połowie ostatniej kwarty prowadzili 95-90. Wtedy w szeregi gospodarzy wrócili Gibson i Gasol. Pau w końcu zaczął agresywniej kryć Cousinsa i głównie dzięki jego zasługom w obronie, pierwszy unit Bulls zrobił run 6-0. Tutaj wtrącili się sędziowie odgwizdując wymyślony faul Dunleavy’ego po tym, jak ten wparował w pomalowane i zebrał piłkę znad zdziwionego centra Kings. Gospodarze z Chitown jednak grali swoje, a Derrick - jak w 2011 – trafiał niesamowite jump shoty. Naprawdę procentowało doświadczenie Gasola, który nie tylko ograniczał (wspólnie z Gibsonem) jak tylko się dało Cousinsa, ale wywalczył też trochę wolnych, które bezbłędnie zamienił na punkty. Wykorzystując doświadczenie, Bykom udało się od stanu 95-90 dla rywali, doprowadzić do 102-97 dla siebie (run 12-2) po rzucie cichego zabójcy zza łuku – Mike’a Jr Dunleavy’ego na 90 sekund do końca regulaminowego czasu. Na 65 sekund do końca zostawiony kompletnie sam w rogu Gasol dodał dwójkę, bo dużym palcem stanął na linii trójek. Do końca Byki kontrolowali wynik i tylko trójka Collisona rzucona przy braku obrony zmniejszyła straty gości. Ostatecznie ulegli oni Bykom 102-109.

Plusy:

- Rose – Butler. Jestem świadom, że ten duet nie wygląda na parkiecie do końca tak jak może i jak powinien, ale uwielbiam jak ci goście grają razem. Ja czuję wielką chemię między nimi i widzę jak potrafią się uzupełniać. Myślę, że czas na ich największe popisy niedługo nadejdzie. To w końcu nie są starzy gracze. Rose – 18 punktów (9/15 FG!!!), 4 asysty, 5 zbiórek i tylko jedna strata. Butler- 11 punktów, 8 asyst (!!!) i 5 przechwytów.

- Gibson i Gasol wykonali kawał dobrej roboty w obronie na Cousinsie. Chociaż gwiazdor Kings zrobił 19 punktów i 17 zbiórek, to jednocześnie miał 8 strat i 4 razy został zablokowany, a przez całą czwartą kwartę tylko raz zebrał piłkę, nie punktując.

- Doświadczenie. Od dawne wiemy, że jeśli chodzi o strukturę wieku to Byki są idealnie skonstruowanym rosterem. Właśnie w tym spotkaniu wyszło co potrafią zrobić w kluczowych momentach weterani. To trafienia Dunleavy’ego i Gasola przechyliły ostatecznie szalę na stronę gospodarzy.

- Dougie McDermott – wszedł w spotkanie jak burza – zaczął 4/4 za trzy. Potem trafiał ze zmiennym szczęściem, ale to wciąż 16 punktów i sporo energii z ławki.

- Portis jest już stabilnym graczem ze sporym potencjałem, oczekuje, że dostanie więcej szans gry.

- Holiday – super występ naszego młokosa – fajnie jakby Bulls przemyśleli zostawienie go na kolejne sezony.

- Tylko 9 strat przy 19 Kings. 9 przechwytów Butler + Gibson.

Minusy:

- Niko ma gorącą głowę. Sporo jego decyzji rzutowych czy wariantów rozegrania było łagodnie mówiąc, słabe. Zakończył mecz z 2/8 i trochę niesmakiem dla tych, którzy oglądali jego poczynania.

- Przegrana zbiórka, w pewnym momencie było nawet -15 w tej statystyce.

- Czekamy na Moore’a, bo Brooks gdzieś podział swoją ikrę – Bulls mogli ściągać Robinsona – byłby o niebo lepszym backupem na jedynce.

- Rzuty wolne – tylko 65%, ale spadały już niebezpiecznie do granicy połowy niecelnych.

- Końcówka trzeciej kwarty i początek czwartej. Jakby nie weterani wygrany mecz mógł okazać się przegranym.

Komentarze

  • Brak komentarzy