Menu główne
Zaloguj Zarejestruj

Login to your account

Username *
Password *
Remember Me

Create an account

Fields marked with an asterisk (*) are required.
Name *
Username *
Password *
Verify password *
Email *
Verify email *

Notice: Undefined offset: 35 in /home/madrian/domains/madrian.linuxpl.info/public_html/chb/libraries/joomla/access/access.php on line 595

Notice: Trying to get property of non-object in /home/madrian/domains/madrian.linuxpl.info/public_html/chb/libraries/joomla/access/access.php on line 595

Chicago Bulls - Philadelphia Sixers 115 - 111

Philadelphia Sixers Chicago Bulls

Bulls mają kryzys, wygrana z Sixers nie sprawia by można mówić o jego zażegnaniu. Tylko heroiczny występ Butlera sprawił, że uniknęliśmy blamażu. Hoiberg nadal nie potrafi rotować składem i wciąż nie wiemy kto jest drugim rozgrywającym w Bulls. 49 minut Jimmy'ego z Sixers i mecz bez dnia przerwy z Dallas dzisiaj sprawia, że ciężko być optymistą.

Pierwsza piątka Bulls na ten mecz wyglądała następująco: Hinrich – Butler-Mirotic-Gibson-Noah, czyli pięciu wybranych przez Byki w drafcie graczy. Spotkanie zaczęło się od bardzo brzydkiej gry. Byki były kompletnie zagubieni w ataku, za to Sixers zaczęli od 4/5. Niko przestrzelił swoje trzy próby w tym czasie. Można było odczuć wrażenie, że gościom z Wind City brakuje pomysłu na atak. Punkty zdobywali z dwójkowych akcji, a ich ataki wyglądały, jakby mieli tylko 3 zawodników w ataku. W 4 minucie na parkiet wszedł Noel, który, choć miał początkowo pojawić się na parkiecie od początku, zaraz przed rzutem sędziowskim udał się do szatni. Bulls wyszli po raz pierwszy na prowadzenie w połowie kwarty: 12-11. Gra parą Gibson-Noah gwarantowała im przewagę na deskach i dużą liczbę zbiórek, zwłaszcza w ataku. W 7 minut gry Byki zdobyły 6 punktów z tzw. ‘drugiej szansy’. Trzeba oddać, że młodzi gracze Philadelphii mieli bardzo dobra skuteczność rzutów z półdystansu, skąd pochodziło większość ich punktów. Chicago zaś rzucali fatalnie – od 0/6 spotkanie zaczął Mirotic i miał przy tym kilka prób ‘pomalowanego’. Im dłużej trwał mecz, tym prostsze straty przydarzały się gościom. Bulls wręcz oddawali piłkę w ręce graczy Sixers. Ci z różną konsekwencją zamieniali je na punkty. Dodatkowo wpadły im trzy trójki i pierwszą kwartę zakończyli prowadzeniem: 34-22. Sixers przy fatalnej grze rywali w obronie trafiali 64% rzutów w tej części. 12 punktów dla Bulls zdobył Butler.


Na drugą kwartę został na boisku kompletnie bezproduktywny w pierwszej części Brooks i to on przełamał 4 minutową niemoc swojej drużyny, jeśli chodzi o trafienia z gry. Obrona Chicago Hoiberga po raz nie wiadomo, który przypominała sito, z dziurami, przez które Sixers zdobywali cały czas łatwe punkty. Po 3 minutach gry w drugiej kwarcie i trzecim z rzędu celnym rzucie Okafora przez ręce Noaha, zrobiło się 19 punktów przewagi najgorszej drużyny NBA nad czołową drużyną Wschodu. Hoiberg szybko wrócił do starterów, pozostawiając na parkiecie jedynie McDermotta w 4 minucie tej kwarty. W tym czasie Chicago zaliczyli obok strat, aż trzy faule w ataku, łącznie mieli 10 strat w 17 minut gry. W połowie kwarty kamera pokazała nam załamanego młodego kibica w koszulce i czapce Bulls, a tablica wyników pokazywała 49-26 dla miejscowych. Nie mogę jednak nie wspomnieć, że sędziowie znów przeginali, jeśli chodzi o wspieranie gospodarzy. Odgwizdanie domniemanego faulu Noaha na Okaforze (przy rzucie za trzy), ofensa Kirka, czy spornej piłki, gdy spoczywała ona w obu rękach Niko to obok kilku nieodgwizdanych przewinień na graczach Byków to tylko kilka drażniących przykładów ich stronniczości. Nie zmienia to faktu, że Philly w tym spotkaniu ustanowiła swój rekord przewagi podczas gry, który do tej pory wynosił 17 oczek (z Bulls – 24). Naprawdę ciężko oglądało się to, co działa się w Wells Fargo Center w tej części meczu. Raziły w oczy takie akcje, że Bulls nie potrafili nawet dokładnie podać do zostawionego samotnie pod koszem Butlera. Ten jako jedyny dostawał gwizdki od sędziów i miał 17 punktów w dwudziestej minucie gry. W tej kwarcie naprawdę dobrze obok Jimmy’ego grał tylko Taj Gibson. Był dominatorem na atakowanej desce i kończył swoje okazje spod kosza. Chicago jednak większość swoich punktów zdobywali z rzutów wolnych. Przed końcem połowy pozwolili Sixers na ustanowienie jeszcze jednego rekordu sezonu, a mianowicie 62 punktów w ciągu jednej połowy. Aż czterech graczy gospodarzy miało 8 i więcej punktów. Wynik po pierwszej połowie brzmiał 46-62. Chicago – mamy kryzys!


Jako że gorzej być nie mogło, to czekaliśmy na lepsze wieści z parkietu w drugiej połowie. Tak się nie stało – Niko dwa razy oddał piłkę w ręce przeciwników, a ci zaczęli od celnej trójki. Po 90 sekundach 20 punktami prowadzili gospodarze. Bulls mogli liczyć na Butlera, który stawał w tym czasie po raz 20 na linii rzutów wolnych (career high). Miał 27 punktów, gdy cała reszta drużyny zdobyła ich wspólnie 21. W końcu, w trzeciej minucie trafił do kosza Niko – 1/9 FG w tamtym momencie. Potem trafił też trójkę, lecz okazały się to jego jedyne dwie celne próby w meczu. Mimo że nadal Bulls grali źle to Sixers wracali do swojej oczekiwanej ‘formy’. Gościom udało się zrobić run 11-2, ale wciąż byli daleko w tyle. W połowie kwarty oznaczało to 14 punktów. Sędziowie nie kryli się z tym, że przyjęli zasadę, że dla Bulls będą gwizdać tylko faule na Butlerze, wobec pozostałych graczy zastosowali embargo na rzuty wolne. Jimmy przekroczył barierę 30 punktów w 7 minucie 3 kwarty. W tym czasie goście też po raz pierwszy od bardzo dawna zmniejszyli swoją stratę (run 7-0 w minutę) poniżej dwucyfrowej. Uaktywnił się Doug McDermott, a Taj nie przestawał zaliczać zbiórek w ataku. Na 3 minuty do końca trzeciej kwarty drużyny dzieliła różnica 4 punktów, choć kilkanaście minut wcześniej było to 24 oczka. Zmniejszenie przewagi to jednak nie efekt lepszej obrony gości, lecz słabszej skuteczności Sixers, którym pechowo wykręciło się kilka rzutów. Chicago mieli więcej szczęścia, niż na to zasługiwali. Grali bowiem nonszalancko, często głupio w ofensywie, a dodatkowo nie można ich było posądzić o jakiś pomysł na rozgrywanie akcji. Nie mniej jednak walczyli na deskach. Ostatecznie po najlepszej w ich wykonaniu (albo raczej najsłabszej w wykonaniu Sixers) kwarcie, Chicago przegrywali tylko 77-79. Trójka Butlera w ostatnich sekundach na to pozwoliła. Tę odsłonę ferajna z ‘Wietrznego miasta’ wygrała 31-17.


5-0 zaczęli czwartą kwartę Sixers. Po 53 sekundach Hoiberg wziął czas. Choć Chicago mieli 17 zbiórek w ataku, to 19 strat sprawiało, że po 2 minutach 4 kwarty przegrywali 10 punktami z drużyną legitymującą się bilansem meczów 4-36. Nic nie chciało się ułożyć w tym spotkaniu. Trener Byków cały czas szukał optymalnego ustawienia, lecz rezerwowi nie wnosili zbyt wiele do gry. Podczas gdy ławkowicze Sixers zdobyli 43 punkty, rezerwowi Byków dostarczyli ich 16. W 4 minucie czwartej kwarty 42 punkty miał już na swoim koncie grający niemal w pojedynkę Butler. Widać było po nim masakryczne zmęczenie, ale i tak każda akcja przechodziła przez niego. W połowie tej części Chicago przegrywało 89-95, 44 z tych punktów były dziełem JB21. Pogoń punktowa trwała niemal cały czas – dominujący niczym Michael Jordan Jimmy brał na siebie ciężar gry w ataku. Sixers zaczęli go podwajać, ale Chicago konsekwentnie grali dla niego izolacje. W 8 minucie kwarty okazało się, że McDermott także potrafii efektownie zapakować do kosza. Udało mu się minąć rywali i choć na chwilę zastąpił w roli zdobywcy punktów Butlera. SG Byków dopiął swego na 150 sekund do końca regulaminowego czasu. Po jego akcji Bulls po raz pierwszy od stanu 16-15, wyszli na prowadzenie 98-97. Choć Sixers odpowiedzieli celnym jump shotem Smitha, to znów halę uciszył akcją 2+1 Butler, przełamując 50 punktów. Trójka Moore’a dał gościom prowadzenie 104-101 na 77 sekund do końca kwarty. 60 sekund później gospodarzom udało się odpowiedzieć celnym rzutem zza łuku Isha Smitha. Choć Bulls mieli piłkę, to zmarnowali swoją okazję i czekała nas dogrywka.


Dla Chicago był to 5 mecz z dogrywką w tym sezonie, dla ich rywali pierwsza. Przed tym spotkaniem Bulls notowali w nich bilans 1-3. To jednak Sixers rzucili jako pierwsi punkty (4-0), goście zaczęli od dwóch strat. Dopiero trójka Moore’a dała gościom pierwsze punkty w decydującej odsłonie meczu. To właśnie postawa tego gracza pozwoliła na chwilę odciążyć z liderowania Jimmy’ego. W ciągu minuty Moore dwa razy przechwycił piłkę i trzy razy trafił do kosza – prowadząc Byki do runu 7-0. Do serii 9-0 przedłużył go Butler i Chicago na 80 sekund do końca prowadzili 113-108. Tego nie mogli już dać sobie wyrwać. Szybko to założenie zrewidował trójką Ish Smith. Nie trafił jednak swojej szansy na wyrównanie i Bulls mieli piłkę. Faulowany Doug McDermott wywiązał się ze swojego zadania i Bulls po ciężkim do oglądania spotkaniu wygrali z grającymi jedno ze swoich najlepszych spotkań – Philadelphia 76ers 115-111.


Plusy:
- Jimmy Butler – 53 punkty (15/30 FG, 21/25 FG), 10 zbiórek, 6 asyst, 3 przechwyty. Butler kontynuuje marsz na jeszcze wyższy poziom. Pamiętam jak mówiło się, że gwiazdy nie chcą iść do Chicago bo boją się zmierzyć z legendą Jordana. Jimmy nie ma takich obaw – oglądamy właśnie jego nabieranie świadomości i mentalności lidera. Znów zaliczył występ na poziomie legendy Chicago. Jako pierwszy zawodnik od jego czasów przekroczył barierę 50 oczek w Bulls.
- E’Twaun Moore – czekam, aż ktoś mi wytłumaczy, czemu gość, który potrafi w dogrywce wygrać nam spotkanie, przegrywa rywalizację z dwoma starymi dziadami jakimi są Hinrich i Brooks? Kapitalna postawa Moore’a – 14 punktów 6/8 FG.
- Doug McDermott – grał aż 33 minuty i grał naprawdę dobrze,. Wszystko okrasił efektownym wsadem.
- Zbiórki: 53-36 dla Bulls, totalna dominacja – Taj z Noahem zebrali 12 piłek w ataku – więcej niż cała drużyna Philly.


Minusy:

- Straty – nie tylko nie wymuszamy strat, ale dodatkowo robimy ich mnóstwo – 23.
- Znów słaba obrona, szczególnie w pierwszej połowie – 62 stracone punkty z najgorszą drużyną ligi to siara.
- Nie ma Gasola i Rose’a nie ma pewnej opcji w ataku, nie ma miejsca. Momentami graliśmy ustawieniem – Butler + 4 obrońców.
- Fatalny mecz Niko Miroticia – 2/13 FG i 5 strat. Nic mu nie chciało wpadać – wydaje się, że to był główny powód słabego meczu z naszej strony.
- Słabi Snell, Brooks, Portis – łącznie ¼ FG.

Komentarze (1)

  • Crawford mial wystep na poziomie 50 pkt.